Spójnosc

Spójność - to jedno tytułowe słowo jest podstawowym pojęciem w kwestii niezależności finansowej (albo jakiegokolwiek innego dużego celu).
O co chodzi? Kilka sytuacji:

  • chodzicie do klubu fitness bądź biegacie, jednocześnie w przerwach miedzy tymi aktywnościami zajadacie śmieciowe jedzenie?
  • chcecie zmniejszyć wydatki na głupoty, a jednocześnie przy każdej możliwej okazji włóczycie się po tzw. galeriach handlowych?
  • chcesz być niezależny finansowo, a jeździsz do pracy (albo jeszcze lepiej: na studia) autem choć masz do niej kilka km?

To jest właśnie całkowity brak spójności. Nie rób rzeczy, które sobie przeczą w kontekście Twojego celu. Nie rób i już. Usiądź na chwilę i przeanalizuj swoje aktywności z ostatniego tygodnia. Czy są zgodne z Twoim celem? Jeśli nie, wprowadź korektę i za jakiś czas sprawdź jak zadziałała. Podziel się swoimi spostrzeżeniami w komentarzach.


Wszystko jest na sprzedaż

Tym nieco prowokacyjnym tytułem opisuję mój stosunek do przedmiotów, które posiadam. Ze względu na panujący u mnie minimalizm posiadam raczej niewiele. Jak jednak dojść do takiego stanu?

Posiadanie to proces

Tak, proces - seria działań. Nabywasz/tworzysz, używasz, pozbywasz się. Dla mnie, celem jest znalezienie możliwie mało licznego zestawu rzeczy, których używam, żeby móc komfortowo żyć.
Żeby móc używać, musimy przechowywać. Wielu ludzi, gdy przestaje używać, nie przestaje przechowywać -- odkłada na półkę, chowa do szuflady, garażu, czy innego schowka. Ja natomiast po prostu się tego pozbywam. Sprzedaję, oddaję, wymieniam, w ostateczności wyrzucam. Wyjątki od tej reguły są doprawdy nieliczne.
Jak jednak odróżnić to, czego powinniśmy się pozbyć, od tego co powinno zostać. Różne są sztuczki, jednak najbardziej przemawia do mnie zdanie jednego z amerykańskich blogerów tematu niezależności finansowej - Mr Money Mustache.
Jeżeli byś tego nie kupił, prawdopodobnie powinieneś to sprzedać.
Jest to święta prawda. Bierzesz przedmiot do ręki. Gdybyś go nie miał, kupiłbyś go? Nie? Sprzedaj.

Pudełko i marker Twoimi przyjaciółmi

Rzadko waham się przed pozbywaniem rzeczy. Może wahałem się 10 lat temu, teraz jestem coraz bardziej bezwzględny, a ze względu na fakt, że popracowałem nad pozostałymi elementami procesu posiadania dość rzadko dochodzę do etapu trzeciego (Np. choć pieniężnie wychodzi drożej preferuję ebooki, żeby nie musieć ich potem przechowywać/sprzedawać). Jednak jeżeli mam wątpliwości stosuję zasadę pudełka. Rzeczy, o których sądzę, że mogłyby się przydać wkładam do pudełka, które podpisuję datą, jaka będzie dokładnie za rok, bądź pół roku. Pudełko chowam głęboko. Jeśli nie zajrzę do niego w tym czasie (a nie zajrzę, dotychczas mi się nie zdarzyło), żegnam się z tymi przedmiotami. Nie ma wymówek

Emocje

Mamy emocjonalny stosunek do rzeczy. Nie chcemy się ich pozbywać, są nasze, cenimy je wyżej. Co czujesz, gdy bierzesz do ręki przedmiot za który pół roku temu zapłaciłeś trzy stówy, a teraz na pytanie czy byś go kupił odpowiadasz "nie"? Ja czuję swego rodzaju porażkę, że nieroztropnie wykorzystałem zasoby. Takiemu przedmiotowi mógłbym wykopać grób, aby o nim nie zapomnieć. To jest lekcja. Żal tym spowodowany nie powstrzymuje mnie przed pozbyciem się go, ale najważniejszy jest moment refleksji. Co mną kierowało na początku procesu? Jak racjonalizowałem sobie ten zakup? Co się stało że już tego nie potrzebuję? Czy kiedykolwiek potrzebowałem? Jakakolwiek byłaby na to odpowiedź - ucz się na własnych błędach, a jeszcze lepiej na cudzych. Dawno już takich rozterek nie miałem, czego życzę i Tobie.

A jakie są Twoje największe zakupowe porażki? Podziel się swoją opinią w komentarzach.

Proces posiadania: używanie

W poprzednim wpisie zauważyliśmy, że posiadanie do pewien proces. Jak to zwykle z procesami bywa aby go opanować warto zająć się każdym z etapów. Od nabycia po zbycie. Działań na tym polu możemy co jakiś czas przeprowadzać akcję "wiosenne porządki" i zawsze będziemy mieć multum rzeczy, których przydatność będzie wątpliwa.
Dziś jednak o używaniu.

PKB

Nasza gospodarka została skonstruowana w taki sposób, że PKB nie ma wyboru i musi rosnąć. Jeśli jego wzrost na chwilę się zatrzyma bądź co gorsza spadnie, trąbią o tym wszystkie dzienniki i poza powszechną żałobą natychmiast wdrażane są realne działania proponowane przez ekspertów. Ci eksperci zwykle mają rację odnośnie tego co uczynić, żeby wzrosło. Mają również rację, że jeśli nie wzrośnie to będzie katastrofa. Skutki braku wzrostów mogą być dotkliwe. O skutki spadków najlepiej zapytać Greków. To jest jedna strona medalu.
Druga strona jest natomiast taka: żeby rosło PKB w każdym kolejnym roku trzeba wytwarzać więcej niż w poprzednim. Do tego jesteśmy nakłaniani na każdym kroku. Obecnie reklamy aut mówią o racie leasingu - po kilku latach zmieniasz na nowy. Za mojego dzieciństwa marzyło się raczej o aucie trwałym. Spójrzmy zresztą na kraje Afryki - w wielu z nich dominowały mercedesy, obecnie raczej toyoty. Czemu? Tak jak w Polsce jeszcze niedawno - trwałość. Raz zakupiony pojazd można eksploatować nawet pół wieku. Dziś jest inaczej. Z innego pola: postęp technologiczny w elektronicznych zabawkach jest tak ogromny, przekonują, że w zasadzie jeśli chcesz używać przyzwoity sprzęt to co rok, najpóźniej dwa, powinieneś kupić najnowszy sprzęt.
Po co to wszystko? Dokładnie po to - PKB musi rosnąć. Nie rośnie nam populacja, a nawet spada. Efektywność energetyczna rośnie. Ale rosną również "potrzeby".

Potrzeby

Nie wiem jak Wy, ale moje potrzeby są ograniczone i raczej dość stałe. Owszem, są etapy w życiu, kiedy potrzeba nieco więcej zasobów, np. pojawienie się potomstwa, jednak stricte moje potrzeby co prawda ewoluują, ale nie rosną. Mam ograniczony czas, który mogę wykorzystać na realizację potrzeb. Drugi samochód, drugi dom, drugi komputer nic mi nie da. Mam ograniczone możliwości ich wykorzystania, gdyż natura wyposażyła mnie w zaledwie jedno fizyczne ciało. Ciągle jednak przekonują nas, że potrzeby powinniśmy zaspokajać naszym przychodem na zasadzie "pod korek", a nawet przelewając (karty kredytowe).

Skutki

O ile nasze potrzeby, a raczej zachcianki, rzeczywiście mogą być mocno rozpasane, o tyle ich zaspokojenie drenuje zasoby udostępnione nam przez Matkę Naturę. Zasoby są jednak ograniczone. Balansujemy na cienkiej linie. Ostatnio w sieci furorę robi wykres globalnego ocieplenia rok po roku. Dość szybko przyspiesza.
Źródło: Ed Hawkins
W Paryżu ustaliliśmy, że dołożymy starań, żeby nie wyszło poza 1,5 st. C. Od dawien dawna mówiło się o 2 st. C. Cóż, niewiele nam brakuje. Nie przez przypadek mówi się o CO2 w tym kontekście.
W tym momencie wróćmy do aut. Przyjmijmy proponowany w reklamach model: nowe auto co 4 lata. Przyjmijmy 20 000 km rocznie. Auto klasy średniej spali przez 4 lata niespełna 7 000 litrów benzyny. To jest około 15,5 tony zanieczyszczeń CO2. Jednak produkcja takiego auta to... 17 ton CO2!
Idealnie podsumowuje to bodaj arabskie powiedzenie:
Mój ojciec jeździł na wielbłądzie. Ja jeżdżę samochodem. Mój syn lata samolotem. Jego syn będzie jeździł na wielbłądzie.

Oszczędzanie

Oszczędzać powinno się nie tylko pieniądze, ale również trzecią planetę układu słonecznego. Na szczęście często jest to równoznaczne. I tak po pierwszym etapie, mamy rzeczy, które nabyliśmy z rozwagą. Z punktu widzenia oszczędności zarówno pieniędzy, jak i środowiska, dobrze byłoby żeby wytrzymały jak najdłużej. Dobrze byłoby, żeby były mało energochłonne. O ile energochłonność się poprawia, o tyle trwałość bywa że jest celowo pogarszana. Stąd możemy przyjąć trzy taktyki:
  • Kupujemy rzeczy raczej proste, na których produkcję zużyto mało zasobów, a co za tym idzie tanie. Kłania się tutaj podstawowa funkcjonalność. Używamy je możliwie długo, jeśli się da, to naprawiamy. O możliwości naprawy warto pomyśleć już w chwili zakupu. Dość często stosuję tę taktykę do sprzętów RTV/AGD. Przykład: w iPhone (sam) nie wymienisz baterii. Samochód poprzedniej generacji ma już dość znaną technologię, naprawi go Pan Henio, warto by było aby nie trzeba było do niego latać z wymianą żarówki...
  • Kupujemy rzeczy "w starym stylu", których żywotność można przedłużać w nieskończoność. Niestety niekoniecznie są one tanie, ale po rozłożeniu w czasie mogą okazać się tańsze w całkowitej eksploatacji, niż te z punktu pierwszego, a dokładnie o to chodzi. Do tej kategorii można zaliczyć np. patelnię żeliwną, buty z szytą podeszwą, czy mercedesa W124. Dodatkowo rzeczy z tej kategorii mogą być używane, co jeszcze bardziej poprawia ich efektywność zarówno ekonomiczną, jak i środowiskową.
  • Spekulacja - podejście z punktu widzenia wartości. Trzeba mieć do tego pewną wiedzę, ale są rzeczy, których wartość z czasem rośnie. Przykładem mogą być samochody typu "youngtimer". Dość drogie w zakupie, ale w odsprzedaży jeszcze droższe. O ile dobrze zachowane. I to jest powód dla którego nie stosuję tej taktyki. Mam w zwyczaju nie martwić się rysami na lakierze... Drugi powód jest taki, że żadnym produktem nie jestem na tyle zainteresowany, żebym znał dokładnie rynek. Na jego poznawanie szkoda mi czasu.
Którą drogę Ty wybierasz? Podziel się swoimi spostrzeżeniami w komentarzu.

Posiadanie to proces

Ze względu na swój minimalizm, staram się posiadać możliwie mało. Celem jest znalezienie takiego zestawu rzeczy, który umożliwi mi komfortowe życie.
Aby to osiągnąć, warto zauważyć, że posiadanie to proces - seria działań:

  • wchodzisz w posiadanie, 
  • używasz, 
  • pozbywasz się.
Bez zajęcia się każdym z tych trzech elementów nadmiar nie przestanie Ci towarzyszyć. Dzisiaj o pierwszym.

Chęć posiadania

Warto zastanowić się skąd wynika. Pisałem o tym tutaj. Jeżeli z rzeczywistej potrzeby - możemy przejść dalej. Jeśli natomiast nie znajdujemy satysfakcjonującej odpowiedzi na pytanie czy ja tego rzeczywiście potrzebuję? - sugeruję od razu zapomnieć albo wpisać to na listę trzydziestodniową - może Ci przejdzie. Cokolwiek się na niej znajdzie nie może być kupione przed upływem trzydziestu dni. Jeśli zachcianka będzie aktualna, to kupujesz. Są jednak duże szanse, że nie będzie.

Wejście w posiadanie

Celowo używam tego sformułowania, zamiast "kupowanie". Zostaliśmy nauczeni, że na każdy problem rozwiązanie znajdziemy kupując produkt. To nie jest jedyna możliwa droga, są jeszcze przynajmniej dwie warte rozważenia. Po pierwsze improwizacja. Potrzebujesz przegródek do szuflady, żeby kable Ci się nie plątały? Użyj rolki po papierze toaletowym...
Po drugie zrób to sam (DIY, Do it yourself) - są rzeczy, które można wykonać mniejszym kosztem (pieniężnym, bo nie czasowym), niż produkt kupiony w sklepie. Dobrym przykładem są np. niektóre proste meble. Przy okazji uczysz się przydatnych rzeczy.

Wielofunkcyjność

Zdecydowanie preferuję rzeczy wielofunkcyjne, o ile funkcje są rzeczywistą potrzebą. Po co kupować dwie rzeczy, skoro można jedną? Dobrym przykładem jest smartfon. Wszyscy młodzi mają te urządzenia, wielu starszych ludzi natomiast ich nie chce. Obie grupy mają rację! To kwestia potrzeb. Młodsi, którzy słuchają muzyki, używają nawigacji, czy aparatu bez smartfona musieliby wydać znacznie więcej pieniędzy oraz nosić przy sobie więcej rzeczy, aby zrealizować te same potrzeby. Starszym, którzy wyłącznie dzwonią smartfon jest rzeczywiście niepotrzebny, tu przechodzimy do następnego punktu.

Podstawowa funkcjonalność

Okazuje się, że czasami warto coś kupić. Nie są to tak częste przypadki, jak zwykliśmy sądzić, tym niemniej istnieją. Jakie rzeczy warto kupować? Stoję na stanowisku, że warto płacić za podstawową funkcjonalność, a nie za dodatki.
Gdy kupuję zwykły telefon komórkowy, chcę żeby dało się z niego wykonać połączenie. Za to płacę. Nie za ekran, nie za mms-y, czy modną obudowę. Przy okazji, ponieważ to ekran pobiera najwięcej energii, im mniejszy ekran, tym dłużej trzyma bateria, a więc tym dłużej mogę korzystać z funkcji, za którą zapłaciłem - dzwonienia - bez niewygody ładowania. Czym różni się jeden telefon od drugiego? W gruncie rzeczy... niczym. Dokładnie tak zrobiłem kilka lat temu - za jakieś 150 zł kupiłem telefon, z którego mogłem dzwonić nie ładując go przez około dwa tygodnie. To były dobrze wydane pieniądze. Gdyby do dziś królowały zwykłe telefony, podejrzewam, że nie zmieniłbym go dopóki by się nie zepsuł.
Dość długo opierałem się przed kupnem smartfona, ale i do tego w końcu się przekonałem, pomimo ogromnej niechęci do częstego ładowania telefonu. Dlaczego, przecież i to telefon, i to? Jest jednak istotna jakościowa różnica, wszak smartfon to de facto kieszonkowy komputer. Oprócz dzwonienia mogłem pracować na danych, do których wcześniej miałem dostęp tylko z komputera. Standardowy telefon również wykorzystywałem do robienia notatek (choćby zapisywania rachunków), czy kalendarza, ale nie miałem do nich dostępu z poziomu komputera. Nie mogłem przeglądać plików. Smartfon sporo ułatwił - oszczędził drukowania (np. biletów kolejowych), przepisywania (notatek, danych z e-maili), czy zabierania na wycieczki aparatu fotograficznego. Dodatkowo dawał możliwości kilku innych urządzeń: nawigacji, odtwarzacza mp3, czy komputera (dostęp do banku). Kupiłem oczywiście podstawowy model, dzięki czemu bateria wytrzymywała dość długo. Znowu - podstawowa funkcjonalność smartfona, za którą uznałem, że warto zapłacić. W przyszłości smartfony z wyjściem na monitor będą mogły zastąpić komputery. Czekam na takie rozwiązania w rozsądnych pieniądzach.
Całkiem niedawno kupiłem następnego smartfona. Półtora cala większy ekran dodał możliwość czytania e-booków, a moduł NFC niezabierania portfela na spacery (pisałem już, że cierpię na bankowe ADHD?). Dziś poprzestałbym na większym ekranie i oszczędził tym ruchem 150 zł.
Co z tego wynika? Że podstawowe wersje poszczególnych sprzętów są zwykle wystarczająco dobre. Podstawowa lodówka też chłodzi, nie musi mieć wyświetlacza...

Podsumowanie

Kupuję, gdy naprawdę muszę. Kupuję rzeczy, które mają konkretne, dobrze mi znane i przemyślane zastosowanie. Preferuję urządzenia wielofunkcyjne. Dzięki temu niezwykle rzadko zdarza się, żeby to co kupiłem, zbierało kurz oszczędzam również miejsce, które jest dość drogie, w Warszawie jakieś 7 000 zł za metr kwadratowy... To jest prawdziwa oszczędność, nie tylko pieniędzy, ale i ograniczonych zasobów. Chociaż tyle mogę zrobić dla ludzi, którzy to dla mnie wyprodukowali.

Co przyciąga w nowym aucie?

Producenci samochodów zawsze uraczą mnie jakąś ciekawą reklamą. Był już renault kadjar, jest i skoda octavia. Co jest w niej fajnego?
Jest dostępna, można ją mieć łatwo, jak w abonamencie. Płacisz co miesiąc sześćset szesnaście zlotych (gwiazdka) i oto jest. Nowa, pachnąca, jeszcze niezarysowana (to tylko kwestia czasu). Niektórzy mają do tych rzeczy coś co nazwałbym stosunkiem emocjonalnym. Jeśli jednak spojrzeć na to praktycznie, samochód jest to narzędzie jak każde inne. Służy do przemieszczania się z punktu A do punktu B. Posiadanie własnego auta to tylko jedna z możliwości. Są jeszcze: taksówki, carpooling, rowery, wszelkie formy transportu zbiorowego oraz coś o czym dość często zapominamy: nogi.

Skąd ten stosunek emocjonalny akurat do czterech kółek, kilku blach, silnika i kierownicy? Przede wszystkim producenci starają się jak mogą, żeby go u nas wywołać. Ale czy reklamowaliby w ten sposób wiertarkę albo odkurzacz?

Jest to może zbytnie uproszczenie, ale taką przemożną chęć posiadania wywołują rzeczy kreowane na - modne słowo - prestiżowe. Samochód to bardzo droga maszyneria, suma wydatków na samochody i koszty im towarzyszące z łatwością może przekroczyć wartość mieszkania w którym mieszkasz, jeśli tylko podążysz drogą łatwo, jak w abonamencie, zmieniaj autko co 4 lata. Jeżeli kogoś na to stać - musi mu się nieźle powodzić. Po prostu musi, czyż nie? Nie wnikam w to, czy robimy to oszukując samych siebie, czy oszukując innych, ale czynnik prestiżu gra tutaj wg mnie niebagatelną rolę. Nie ma mieszkań, są apartamenty. Telefon? Ten z używanym owocem na obudowie, bo choć potrafi z grubsza to samo, co dwa razy tańszy, to skoro można mieć właśnie ten, który chcą mieć wszyscy, to czemu nie? Wakacje? Raczej nie w Lubartowie, lepiej coś po czym będzie można wrzucić fotki na fejsa, ale takie żeby ktoś kliknął.

Wracając jednak do auta. Co jednak, gdybyśmy ten lajfstajl chcieli uzyskać z odsetek? Gdybyśmy wpłacili pieniądze na całkiem niezłą lokatę musielibyśmy mieć na niej 337 534 zł i 25 groszy, aby comiesięczne odsetki pokryły taki automobil, a raczej możliwość jego używania, bez wliczenia pozostałych kosztów. Warto? Zależy co robisz, ale w mojej sytuacji zdecydowanie nie.

Motywacja

W tym miesiącu wskaźnik oszczędności wyniósł 66%. Wynik lepszy od przeciętnej, wynika z wyjątkowości tego miesiąca. Jednorazowy przychód i kilkaset złotych niższe wydatki i oto jest. Po co jednak w ogóle liczyć takie rzeczy?

Motywacja

Jest to jedna z metod na zmotywowanie się do dalszej pracy. Jeśli znamy swój cel, wiemy do czego dążymy, to dobrze jest wiedzieć, czy nasze działania nas do tego celu przybliżają. Z odpowiedzią na to pytanie przychodzą wskaźniki.
Moim celem jest osiągnięcie niezależności finansowej, a o tym, jak szybko uda się tego dokonać mówi właśnie wskaźnik oszczędności. Jest to odpowiedź na pytanie: jak mi idzie?

Wizualizacja

Sam wskaźnik to jeszcze nie wszystko. Uzyskanie informacji "wydałem X złotych" albo "oszczędziłem X% przychodów" jest jakąś informacją, ale nie mówi wszystkiego na temat ewolucji. Żeby osiągnąć cel, przyjmuję strategię, np. zwiększenie wskaźnika oszczędności. Muszę zatem wiedzieć jak ten wskaźnik zmienia się w czasie, dlatego liczę go cyklicznie. I o ile już samo wypisanie wyników w kolejnych kwartałach może być dla niektórych wystarczające, to ja polecam sporządzić wykres - zwizualizować. Jeden rzut oka i wszystkie dane, które tak pieczołowicie zbierałem są przedstawione w formie, która mówi wszystko. Poniżej wykres.
Wykres wskaźnika oszczędności
Zielona krzywa ma iść dół, fioletowa - w górę. Czerwona - nie rosnąć zanadto, Niebieska - nie spadać. Kto zgadnie, która krzywa co oznacza?
Jeden rzut oka i już wiem, gdzie zmierzam.

Wskaźniki do wizualizacji

Mierzę dwa główne wskaźniki, w tym jeden uważnie, a drugi orientacyjnie. Wam również polecam, żeby nie było ich zbyt dużo - najlepiej jeden. Pamiętaj jednak, że wskaźniki zależą od celu.

Czy opłaca się korzystać z promocji bankowej?

Muszę się przyznać, że cierpię na bankowe ADHD. Z pierwszej piętnastki polskich banków, nie byłem tylko w dwóch. Namiętnie korzystam z promocji bankowych, lokat, kont oszczędnościowych. Walczę z tym jak mogę, bo źle współgra to z moim minimalistycznym podejściem. Ostatnie obniżki stóp procentowych oraz wprowadzenie podatku bankowego zdecydowanie obniżyły jakość bankowych promocji i dzięki temu niemal już zrezygnowałem z tej zabawy. Jednak wcześniej, gdy promocje bywały bardzo korzystne i przynosiły kwoty liczone w tysiącach na przestrzeni kilku lat, narzuciłem sobie pewne ograniczenie i o nim chciałem dziś napisać.

Promocje bankowe

Uczestnictwo w promocji to jest praca do wykonania. Niestety, nie ma nic za darmo. Musimy poświęcić swój czas na:
  • najważniejsze: zanim w ogóle zaczniemy zabawę w tego typu rzeczy kupujemy kartę SIM typu pre-paid z kontem ważnym rok po każdym doładowaniu. Wsadzamy w jakiś stary telefon, doładowujemy 5 zł i... wyłączamy. Tym sposobem oszczędzamy sobie późniejszego wydzwaniania z reklamami. Włączamy tylko, gdy my chcemy skorzystać z banku (kody SMS). Ostatnio jeden z największych banków wycwanił się i po założeniu konta weryfikuje numer telefonicznie. Trudno - trzeba odczekać chwilę, zanim wyłączymy.
  • zaznajomienie się z warunkami i podjęcie decyzji,
  • przejście procedury zakładania konta,
    tutaj podajemy nr telefonu z punktu pierwszego oraz adres e-mail. Jeżeli masz adres w popularnej domenie gmail zdradzę Ci mały sekret. Kropki w adresie nie mają żadnego znaczenia, możesz podawać je w dowolnym miejscu i dowolną ilość, a i tak wiadomość dojdzie do Ciebie. Dlatego ja najczęściej podaję adres w formacie: przykladowyadre.s@gmail.com i w skrzynce pocztowej ustawiam filtr, że tego typu wiadomości mają być od razu oznaczane jako przeczytane i archiwizowane. Oczywiście pierwsze wiadomości od banku są ważne, więc należy być ostrożnym i zaglądać do archiwum.
  • wykonanie przelewów, ustawienie automatycznych przelewów, jeśli takie są warunki promocji,
  • wykonywanie warunków narzuconych w promocji
    tutaj dygresja: nigdy nie bierz udziału w promocjach, w których do spełnienia warunków musiałbyś się postarać. Nigdy. Jeżeli wykonujesz transakcje kartą na 300 zł miesięcznie, a bank chce żebyś wydawał 500 zł: nie bierz udziału. To jest zwyczajne napędzanie konsumpcji i próba przyzwyczajenia Cię do takiego stylu życia. Swego czasu, gdy promocji było mnóstwo, zrobiłem analizę ile wydaję kartą. Wyszło mi, że około 1000 zł. Skorzystałem więc z kilku najlepszych promocji, w których musiałem wydać 700 zł i nie brałem udziału w niczym więcej. Zasada Pareto obowiązuje.
  • zamknięcie konta - natychmiast po otrzymaniu nagrody, żeby nie blokować sobie statusu nowego klienta.
    Jeszcze nigdy nie miałem problemu z zamknięciem konta, a w większości przypadków sprawę załatwiał zwykły list (o takiej treści), nawet nie polecony, a zwykły.
Jak widać procedura nie jest trudna, ale wymaga nieco zaangażowania, a przede wszystkim czasu. I to ten czas jest dla mnie kluczowy. Jeżeli zmiana konta ma mi przynieść dodatkowe 100 zł zastanawiam się ile czasu zajmie mi przejście całej procedury zgodnie z powyższymi punktami. Potem mnożę ten czas przez swoje rzeczywiste zarobki na godzinę. Zwykle wychodzi mi, że dla 100 zł nie warto się ruszać, w szczególności jeśli procedura wymaga wizyty kuriera, a potem wizyty na poczcie bądź w banku. Oczywiście dla studenta będzie nieco inaczej.

Oszczędności w bankach

No dobrze, ale gdzieś musimy trzymać oszczędności. Nawet jeśli aktywnie zajmujemy się inwestowaniem, to siłą rzeczy część oszczędności trzymamy w bankach i dobrze byłoby, żeby te pieniądze pracowały. Czyli lokaty i konta oszczędnościowe. Czy warto zmieniać konto/lokatę na nieco wyżej oprocentowane? Tutaj wykonuję podobne obliczenia czasowe, jak dla promocji, ale uwzględniam też różnicę w oprocentowaniu i korzystam ze wzoru:
Zysk po podatku = 6,75 zł * ilość miesięcy * różnica w oprocentowaniu [punkty proc] * wielokrotność 10 000 zł
A zatem, jeśli mam 25 000 zł, mogę je ulokować na o 0,7%  wyższy procent niż obecnie, na dwa miesiące, wygląda to tak:
6,75 zł * 2 * 0,7 * 2,5 = 23 zł 63 grosze netto
Warto? Jeżeli to jedno kliknięcie, to tak. Jeżeli cała procedura, to nie. Lepiej wziąć nadgodzinę, wyprowadzić komuś psa, poszukać lepiej płatnej pracy, doszkolić się i postarać o podwyżkę w obecnej albo po prostu nie brać popkornu i koli w kinie. Ba! Jeżeli kupujesz jedzenie w pracy i dojeżdżasz do niej z daleka samochodem, bardziej może się nawet opłacić wzięcie wolnego ;-)

Strony o promocjach bankowych

Jeżeli podobał Ci się post, podobne znajdziesz w archiwum po prawej stronie bloga. Jest tam również moja strona na Facebooku. Polub ją, aby śledzić najnowsze posty.